Są miejsca, które zachwycają od pierwszego spojrzenia. Robimy zdjęcie i już po chwili wiemy, że chcemy je zapamiętać.
Japonia mnie zachwyciła. Ale nie najbardziej zapamiętałam świątynie, ogrody czy piękne krajobrazy.
Najbardziej zapamiętałam ciszę.
Nie taką, która jest brakiem dźwięków. Taką, która niczego ode mnie nie chciała.
To było dla mnie zaskakujące. Dopiero po powrocie do domu zaczęłam się zastanawiać, dlaczego właśnie ona została ze mną najdłużej.
Przez większą część życia byłam bardzo zajęta. Nie tylko pracą. Byłam zajęta myśleniem, planowaniem, troszczeniem się, szukaniem rozwiązań i odpowiedzi.
Nawet kiedy odpoczywałam, mój umysł często jeszcze gdzieś biegł.
Coraz częściej spotykam ludzi zmęczonych nie ilością obowiązków, ale ilością bodźców. Zmęczonych ciągłym byciem dostępnym. Zmęczonych koniecznością wiedzenia, co dalej.
I pomyślałam sobie, że może dlatego tak trudno nam spotkać się z ciszą.
Bo cisza niczego nam nie proponuje.
Nie stawia celów. Nie daje odpowiedzi. Nie mówi, kim jeszcze możemy się stać.
Ona po prostu zaprasza do tego, żeby być.
Bardzo długo wydawało mi się, że ciszę trzeba czymś wypełnić. Muzyką. Rozmową. Kolejnym zadaniem. Dzisiaj coraz częściej myślę, że cisza nie jest pusta.
To my bywamy zbyt pełni.
Pełni pośpiechu.
Oczekiwań.
Planów.
Troski o innych.
A przecież cisza nie domaga się od nas doskonałości. Wystarczy, że na chwilę usiądziemy obok niej.
Nie musimy medytować godzinami. Nie musimy wyjeżdżać do Japonii.
Być może wystarczy kilka minut przy otwartym oknie własnego domu.
Cisza nie mieszka w świątyniach.
Ona cierpliwie czeka wszędzie tam, gdzie pozwalamy sobie na chwilę zatrzymania.
Chwila dla siebie
Kiedy ostatni raz byłaś przez kilka minut w ciszy, która niczego od Ciebie nie chciała?
Za tydzień zabiorę Cię do miejsca, w którym drzewa nauczyły mnie, że nie wszystko, co było trudne, trzeba zostawić za sobą.
Ela